Kwitnąca sansewieria gwinejska

in #engrave2 years ago (edited)

Szable teściowej. Taką nazwę zapamiętałam z dzieciństwa. Któraś z koleżanek tak nazwała roślinę, która rosła w dużych donicach w naszej podstawówce i która podobała mi się niesłychanie. Choć w moim domu rodzinnym było sporo roślin doniczkowych, to tych szabel akurat nie mieliśmy.

Szczerze przyznam, że gdyby nie mój mąż, to we własnym domu miałabym prawdopodobnie tylko dwie donice z kwiatami. Jedną byłby zamiokulkas (o którym może kiedyś w odrębnym wpisie), drugą sansewieria. Są to rośliny, które szalenie podobają mi się z urody, a jeszcze mają odpowiednią cierpliwość w kwestii mojego pamiętania o ewentualnym podlewaniu.

Sansewieria gwinejska (Sansevieria trifasciata, syn. Dracaena trifasciata), wężownica gwinejska, jęzki (język) lub szable teściowej to popularna roślina doniczkowa, która ze względu na bardzo wysoką tolerancję na warunki takie jak nasłonecznienie, częstotliwość podlewania, temperatura i wilgotność powietrza, będzie rosła praktycznie w każdym mieszkaniu i domu. Kiedyś często zdobiła szkoły (w moim liceum piękne okazy stały w popularnym załomie korytarza przy szkolnym sklepiku), urzędy, a nawet niektóre sklepy (przepiękny okaz posiadała swego czasu lokalna apteka). Z czasem nieco wyszła z mody - w domach zaczęły królować storczyki, szeflery, anturia, zamiokulkasy. W ostatnich latach jednak obserwuję pewien rensans sansewierii - popularność zdobył gatunek sanseweria cylindryczna (walcowata), który wyróżnia się charakterystycznymi liśćmi o okrągłym przekroju. Tę roślinę również kiedyś pokażę - może gdy zakwitnie.

Sansewieria pochodzi z zachodniej Afryki. Przyjechała do Europy w czasach w czasach intensywnego rozwoju wiedzy przyrodniczej i geograficznej, w czasach, gdy wyprawy badawcze przemierzały nieznane jeszcze lądy, a badacze opisywali nowe gatunki. Carl Peter Thunberg - szwedzki botanik, przywiózł tę roślinę jako ciekawostkę florystyczną z wyprawy w 1794 roku i nazwał ją na cześć włoskiego naukowca Raimondo di Sangro, księcia San Severo, który podobno jako pierwszy sprowadził tę roślinę z Afryki do Neapolu. Roślina dobrze zniosła podróż. Okazało się również, że nie wymaga specjalnej pielęgnacji - rośnie nie tylko w cieplarniach i pod opieką ogrodników, ale w zupełności wystarcza jej zwykła doniczka, trochę ziemi i podlewanie od czasu do czasu.

Sansewieria to nie jest nazwa łatwa do zapamiętania, dlatego praktycznie w każdym kraju funkcjonuje pod nazwą potoczną nawiązującą do kształtu liści. Oprócz języka teściowej (Polska, Anglia, Rosja, Francja, Niemcy) znana jest wównież jako tygrysi ogon (Chiny i Japonia), miecz świętego Jerzego (Anglia, Brazylia), miecz Bolívara (Kolumbia), krowi jęzor (Puerto Rico), ogon szczupaka (Rosja), uszy osła (Meksyk) czy babski język (Belgia i Holandia). Często używa się również językowych równoważników nazwy wężownica (serpent plant, plante serpent, serpentaria).

Moje szable teściowej mają już kilka dobrych lat. Jest to jedna ze starszych odmian - laurentii - o marmurkowych liściach z żółtymi brzegami. Jak widać na fotografii w doniczce mają małego lokatora. Moje dzieci (podobnie jak ich mama kiedyś) uwielbiają utykać pestki owoców egzotycznych w doniczkach i czasem nawet wyrasta z nich jakiś mały cytrus.

Sansewierii nie zrasza się, ani nie stosuje nabłyszczaczy liści - roślina tego nie lubi - liście mogą dostać plam i brzydkich zeschnięć. Ozdobą są właśnie liście, które roślina z wiekiem wytwarza coraz większe - nawet do 150 cm wysokości. Łodyga ma postać podziemnego kłącza, z którego od czasu do czasu (zwykle na początku lata) wyrasta specjalny pęd kwiatowy.

Kwiaty są nieduże, biało-zielonkawe i ślicznie pachną. Zapach ten można opisać jako słodko-kwiatowy z nutami podobnymi do zapachu wanilii. Na pędzie kwiatowym widać malutkie kropelki. Jest to słodki nektar, którego zadaniem jest wabienie potencjalnego zapylacza. A sansewierie są w naturalnym środowisku zapylane przez motyle - dokładniej mówiąc przez ćmy, bo odbywa się to w nocy - kwiaty otwierają się wieczorem, a zamykają rankiem.

Na koniec ciekawostka. W 1989 roku NASA opublikowała wyniki badania sposobów oczyszczania powietrza na stacjach kosmicznych z wykorzystaniem roślin. Okazało się, że oprócz absorpcji dwutlenku węgla i uwalniania tlenu w procesie fotosyntezy, niektóre popularne rośliny doniczkowe mogą również usuwać z powietrza lotne zanieczyszczenia organiczne.
Badanie pokazało, że skuteczne oczyszczanie powietrza w warunkach zamkniętej stacji kosmicznej jest osiągane przy co najmniej jednej roślinie na 100 stóp kwadratowych (nieco ponad 9 m²) powierzchni. Na liście testowanych roślin znalazła się również sansewieria, która jak się okazało usuwa z powietrza trichloroeten, formaldehyd, benzen i ksyleny. Badanie znane jest pod nazwą "NASA Clean Air Study".

Tę roślinę warto ustawić w sypialni - jej afrykański rodowód sprawia, że prowadzi fotosyntezę w charakterystyczny dla roślin gorącego klimatu sposób. Otóż w nocy, gdy śpimy, pobiera najwięcej dwutlenku węga, a dość intensywnie uwalnia tlen.

Polecam sansewierię każdemu, kto ma ochotę nieco zazielenić swoje mieszkanie.


Pierwotnie opublikowano na Lectorium. Blog na Hive napędzany przez dBlog.

Sort:  

Na pierwszym zdjęciu nie rozpoznałam tej rośliny, a przecież była tak popularna w moim dzieciństwie, w domu i w szkole. To dlatego, że nie pamiętam jej kwitnącej, dopiero po liściach poznałam.
Chociaż... czy ten nektar można jeść? Bo coś mi się kojarzy...

Zamiokulkas zamiolistny - jestem fanką i rośliny i jej imienia, czekam na wpis :)

Szukając dodatkowych informacji trafiłam na anglojęzyczne forum, na którym jedna z użytkowniczek napisała, że próbowała nektaru i że jest słodki i lepki. Sama jakoś nie jestem tak odważna, żeby próbować rzeczy, ale sansewierie nie są ani specjalnie jadalne, ani specjalnie toksyczne. Zjedzone liście mogą zaszkodzić małemu zwierzęciu. Człowiek ze swoją masą i zmysłem smaku, nawet jak trochę na siłę by zjadł, to nic złego (poza absmakiem) nie powinno się stać.

Difenbachia - ona puszcza kropelki toksycznego soku.

Difenbachia dla gaduł :-).

Difenbachia - ona puszcza kropelki toksycznego soku.

Jeśli je puszcza - to czy to nie znaczy, że się broni? Kiedyś zaczęła mi puszczać sok dopiero gdy z inną rośliną przyniosłem jakieś małe szkodniki (tarczniki?).

Zamiokulkas jest chyba równie niezniszczalny. Widziałem, że sobie radzi nawet ustawiony w sklepach w miejscach gdzie nigdzie nie dociera do niego naturalne światło. I nikt raczej nie pamięta o podlewaniu.

Niekoniecznie. Difenbachie w ten sposób wspomagają transpirację - jest to naturalny sposób wydalania wody i zbędnych substancji. Zależnie od warunków w mieszkaniu robią to z różną intensywnością.

Zamiokulkasy - klasyka ZUS-ów, banków i urzędów skarbowych. :) Rośliny, które w naturze dają radę w lasach równikowo-zwrotnikowych, które są znacznie ciemniejsze niż lasy polskie, dadzą sobie radę nawet na poczcie.

Też mam i też mi kwitnie. Moja jest inna, nie ma tych jasnych brzegów i zapach jak dla mnie to czyta lilia. Bardzo intensywny!
Jakąś małą cylindryczną też mam.

Też pamięatm że w podstawówce rosły. U nas w domu też zawsze stały gdzieś w kącie.

Jest sporo gatunków i dużo odmian. Można z nich stworzyć kolekcję i byłaby ona naprawdę efektowna, bo wysokości, kroje liści, kolory są mocno zróżnicowane.

Zapach lilii - coś wspaniałego. :)

Nie wiedziałam że sansewiera ma tak delikatne i piękne kwiaty, które wcale nie pasują do potocznej nazwy tej rośliny :)

Prawda? Gdyby kwitła częściej i była znana z kwiatów, to w nazwie pewnie miałaby słowo "księżniczka". :)

Język teściowej księżniczki? ;-P